Ewidentnie chcą mnie wkurwić

Taka sytuacja. Jedziesz swoim samochodem, albo taksówką. Spieszysz się, bo za chwilę masz pociąg/samolot/seans w kinie/ważne spotkanie i wszystkie światła zapalają się na czerwono w momencie, gdy podjeżdżasz do skrzyżowania, jakby przy drodze był zamontowany jakiś socjometr stresu u osób w samochodach. Kierował światłami i przełączał je w ostatniej chwili na kolor czerwony, żeby jeszcze bardziej cię wkurwić. Mało tego, masz nieodparte wrażenie, że wszystkie czerwone światła świecą się jakoś wyjątkowo długo, jakby w sygnalizacji siedział jakiś gnój i na złość przeciągał zmianę światła na zielone. Ciskasz się na fotelu komentując na głos, że chyba coś się pojebało z tymi zasranymi światłami, bo NIGDY (daje se głowę obciąć!) TO światło tak wolno się nie zmieniało.

Dalej. Wychodzisz z mieszkania i w tym samym momencie wychodzi sąsiad, którego wcale nie masz ochoty spotkać. Musiał kurwa akurat wyjść wtedy kiedy ja?! Ciekawe. Pewnie chuj ma gdzieś podgląd do mojego mieszkania, albo nasłuchuje szklanką przez ścianę. Jak tylko usłyszy, że się zbieram do wyjścia zaczyna zakładać buty i niby przypadkiem spotykamy się na korytarzu.

Albo inna sytuacja. No bladź! Jedziesz w autobusie. Zbliża się twój przystanek. Autobus podjeżdża. Stoisz w drzwiach bo zaraz będziesz wysiadać. A skoro będziesz wysiadać to na bank naciśniesz guzik otwierający drzwi, ale nie, baba na przystanku będzie dziubała taki sam guzik przy drzwiach na zewnątrz autobusu. Żeby go raz nacisnęła. Nie! Ona będzie go dźgać, aż jej palec zsinieje, tak, jakby otwarcie drzwi zależało od ilości naciśnięć jebanego guzika! Podobna sytuacja na przejściu dla pieszych. Widać, że na tym żółtym pierdolniczku świeci się na czerwono napis „czekaj”, a skoro się świeci, to znaczy, że ktoś to gówno już nacisnął. Ale zawsze się znajdzie jakiś palant, który będzie tłukł w to łapą póki nie zmieni się na zielone. No ludzie!

Continue reading

Kto zarabia na smogu?

Zaraz wam napiszę, chociaż pewnie już doskonale wiecie, ale nie chcecie się wychylać i wolicie, żeby to ktoś inny powiedział na głos. Doskonale to rozumiem bo sam tak miewam, ale tym razem postanowiłem to powiedzieć publicznie.

Od jakiś dwóch lat dużo się mówi o smogu, który nas truje i zabija. Oczywiście truł nas i zabijał już wcześniej, ale dopiero ostatnio się zorientowano, że są jakieś normy, które przekraczamy pięciokrotnie. Czasem, przy okazji debaty o smogu pojawia się kardynalny komentarz smogosceptyków: „A sto lat temu też palili w piecach i to jeszcze więcej niż teraz i jakoś żyli. Ba, dożywali szczęśliwej starości!”. Teraz też jakoś żyjemy i dożywamy (nie)szczęśliwej starości, ale nie zmienia to faktu, że smog jest i to do piątej potęgi. Sto lat temu nie było tylu fabryk, samochodów, samolotów i setek innych kopcących maszyn. Do tego przybyło ludności o jakieś sześć miliardów (to do cholery ile pieców?! Miliard?!). Generalnie zagęściło się i pyły zawieszone w powietrzu zaczęły nam doskwierać. Uśpione do tej pory liczniki pyłów pm 10 i 2,5 zaczęły wariować i migać na czerwono. A nie lubimy jak nam miga na czerwono bo to oznacza, że albo olej się skończył, albo że baterie wysiadły, albo że coś się popsuło. Ogólnie, że dzieje się źle.

I ta czerwona pulsująca pm-lampka, dla jednych stała się utrapieniem i motorem walki o lepszy i czystszy świat dla kolejnych generacji, a dla drugich biznesem. Odświeżacze powietrza z filtrem anty-smogowym nie szokują bo od pokoleń (tych zatrutych) znamy różnego rodzaju elektryczne filtry powietrza z opcją zraszania czy jodowania. Ale okna z filtrami anty-smogowymi to już coś nowego. Oprócz okien i odświeżacza możemy wykupić sobie anty-smogowe ferie gdzieś na połoninie bieszczadzkiej, której smog się nie ima. Do tego maseczka i specjalna anty-smogowa oddychająca odzież. Tak uzbrojone lub zabarykadowani w bacówce na połoninie przetrwamy do lata. Czy przetrwają kolejne pokolenia? Nie wiadomo.

Continue reading

Polska po Adamowiczu

Może tytuł jest trochę na wyrost, ale czuję, że potrzeba mi odrobiny pompatyzmu. Świat po śmierci Pawła Adamowicza toczy się dalej, wrócił na poprzednie tory, znowu odmierza godzinę za godziną od wschodu do zachodu słońca. O świcie, tramwaje ruszają z zajezdni. W ciągu dnia, na pocztach stemplują listy, a nocą taksówki kursują po miastach i miasteczkach. Niby nic się nie zmieniło, a ja czuję w sercu, że coś pękło, albo tak bardzo bym chciał, żeby pękło, że fizycznie czuję ten ból.

Nie znałem prezydenta Gdańska osobiści, nie szczególnie też się interesowałem co robił i kim tak na prawdę był dla miasta, ale jego nagła śmierć bardzo mnie dotknęła. Śmierć bezsensowna, która przychodzi nagle i bez celu. A może ten brak celu jest właśnie celem? Może jego śmierć jest odrodzeniem? A może bezsilnym ciosem w pustkę?

Szukam w sobie przyczyny tego smutku, po wydarzeniach z 13 stycznia w Gdańsku podczas 27. finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie śledziłem poczynań Pawła Adamowicza jako prezydenta Gdańska, nie szczególnie mu kibicowałem podczas zeszłorocznych jesiennych wyborów samorządowych, tyle co innym kandydat(k)om niestartującym z list PiS’u. A mimo to, śmiertelny zamach na Pawła Adamowicza mnie spustoszył. Poczułem wewnątrz pęknięcie, jakby ktoś rozpruł znany mi dotychczas świat, jak pluszowego miśka. Obleciał mnie strach, że oto dokonał się okrutny mord na bezbronnym człowieku, a symbolicznie został unicestwiony dotychczasowy porządek, jeśli nie cały, to na pewno jego obszerna, ważna część. Tak się czułem wtedy. Dzisiaj, myślę sobie, że być może tamto uczucie było ze zbytnim rozmachem, że przesadziłem z dramatyzmem, ale tak było. Tak się poczułem i nie sposób to wymazać.

Continue reading