Z pamiętnika inteligenta: Lęk klas

Całkiem niedawno miałem okazję spotkać się i rozmawiać z pracownikami i pracownicami czeskiej fabryki Skody w Mlada Boleslav. Jakież było moje zaskoczenie, że nie wydarzyło się nic żenującego. Oprócz jednej rzeczy, mianowicie mojego żenującego przekonania, że żenada w tych okolicznościach będzie nieunikniona. Nie była.

Moje inteligenckie wyobrażenie o klasie robotniczej okazało się typowo krzywdzące dla niej. I jakby ktoś mi wcześniej powiedział, że w tak wielkopański sposób zareaguję na ludzi pracy, to z pewnością bym się zarzekał, że nic podobnego i że hańba! Tym czasem wyszło ze mnie prostactwo niczym nadzienie marcepanowe ze zdeptanego croissainta od Vincenta. Ja, aktywista społeczny (inteligencki, ale jednak!), anarchista (ostatnio bardziej salonowy niż uliczny, ale nadal!), który wyciera se gębę walką klas, gardłuje w obronie praw pracowniczych najbardziej uciskanych i niesie na sztandarach równość dla wszystkich bez względu na pochodzenie społeczne, ja, przestraszyłem się ludzi pracy. Zagrały we mnie klasowe uprzedzenia i stereotypy. Odezwał się mój wewnętrzny Cezary Baryka, który w klasie robotniczej widział przede wszystkim zwyrodnienie i brak kultury.

Na spotkanie szedłem z duszą na ramieniu. Wyobrażałem sobie ich jako wściekłych nędzarzy gotowych rozszarpać mnie w imię wojny klas. Mnie, obrzydłego inteligenta, burżuja, który zanurzył się złotym batyskafem w niziny społeczne poobserwować nieznany świat dziwolągów pozbawionych inteligenckiej moralności. Sam sobie narzuciłem ten gorset nieufności i podejrzliwości uszyty ze średnioklasowych historii o dzikości ruchu robotniczego.

Po raz kolejny uświadomiłem sobie, że teoretyczna bańka, w której funkcjonuję, ma tyle wspólnego z praktyką, co minister środowiska z ochroną przyrody. „Teoria bez praktyki to jak wóz bez osi, a praktyka bez teorii to wóz bez drogi”, tyle starożytne porzekadło. Z kolei Władimir Iljicz Uljanow powiedział, że „Teoria bez praktyki jest martwa, a praktyka bez teorii – głupia”. U mnie była tylko martwa teoria a głupie okazały się uprzedzenia (jak to z uprzedzeniami bywa). Nie dość, że sam miałem o tych ludziach wyrobione zdanie zanim ich spotkałem, to jeszcze towarzyszyła mi silna projekcja tego, co oni i one myślą, mogą myśleć o mnie: „A jakże! Panisko z wielkiego miasta, jakiś pisarz czy artysta, chuj go wie, zrobi wywiad a potem będzie se karierę budował na naszej niedoli. Napiszę jakąś książkę albo dramat, bo przecież nie komedię, a potem wszyscy będą się zachwycać jaki on wrażliwy społecznie i genialny, oddaje głos uciśnionym. Chuja nie uciśnionym tylko sobie robi dobrze bo świat przecież kręci się wokół niego, i jemu podobnych, a nie wokół nas, niewidzialnych, od czarnej roboty. Bo przecież pan pisarz czy artysta będzie wiózł swoją inteligencką dupę w Skodzie, którą żeśmy w znoju złożyli w fabryce w Mlada Boleslav”.

Miałem w głowie, częściowo za pewne wyrośnięty na marksizmie, mit klasy robotniczej, która z uniesioną w górę pięścią walczy o lepszy i sprawiedliwy świat. Ta wyidealizowana wizja proletariatu mnie przerażała i fascynowała. Didier Eribon w swojej książce „Powrót do Reims” rozprawia się z tym politycznym fantazmatem tak: „Ale cóż jest warta narracja polityczna niebiorąca pod uwagę tego, kim naprawdę są ci, których życie interpretuje, i prowadząca do potępienia ludzi, o których mówi, ponieważ wymykają się tak zbudowanej fikcji”. Taką bajkę sobie w głowie napisałem, tym czasem to byli zwykli ludzie, którzy pragnęli dobrze i wygodnie żyć. Zwyczajni ludzie, z takimi samymi radościami i zmartwieniami jak moje, przyjaźni, otwarci i szukający szczęścia dla siebie i bliskich. Czyż ja tego samego nie chcę? Chcę.

Jemen, pamiętamy.

Żyjemy w sosie informacyjnym. Oblepia nas, czasem tak szczelnie, że trudno zobaczyć coś innego lub wypowiedzieć zdanie, nie mieląc w ustach informacyjnej papki. Doborem informacji w mediach kieruje kilka czynników, m.in. powinność obywatelska, rzetelność dziennikarska, skala wydarzeń, ich rozmiar, ważność społeczna a wreszcie medialność czy zwyczajnie kapitalistyczny zysk. Niewątpliwie informacją, która spełnia prawie wszystkie te warunki jest wojna w Jemenie. I tylko jeden żywioł wypłukuje ją z głównego nurtu informacji – żywioł zysku.

Wojna w Jemenie trwa od 2014 roku. Ile z nas potrafi powiedzieć coś więcej niż, że to straszne, wstrząsające, tragiczne. Nie wiemy, o co chodzi w konflikcie, w którym 24 milionów ludzi, potrzebuje pomocy humanitarnej i ochrony. Około 20 milionów ludzi potrzebuje pomocy żywnościowej, w tym prawie 10 milionów jest zaledwie o krok od głodu. Prawie 240 tysięcy z tych ludzi stoi w obliczu katastrofalnego głodu1. To rzeczywiście straszne: wstrząsające są skala tej wojny i naszej niewiedzy o niej.

Continue reading

Ewidentnie chcą mnie wkurwić

Taka sytuacja. Jedziesz swoim samochodem, albo taksówką. Spieszysz się, bo za chwilę masz pociąg/samolot/seans w kinie/ważne spotkanie i wszystkie światła zapalają się na czerwono w momencie, gdy podjeżdżasz do skrzyżowania, jakby przy drodze był zamontowany jakiś socjometr stresu u osób w samochodach. Kierował światłami i przełączał je w ostatniej chwili na kolor czerwony, żeby jeszcze bardziej cię wkurwić. Mało tego, masz nieodparte wrażenie, że wszystkie czerwone światła świecą się jakoś wyjątkowo długo, jakby w sygnalizacji siedział jakiś gnój i na złość przeciągał zmianę światła na zielone. Ciskasz się na fotelu komentując na głos, że chyba coś się pojebało z tymi zasranymi światłami, bo NIGDY (daje se głowę obciąć!) TO światło tak wolno się nie zmieniało.

Dalej. Wychodzisz z mieszkania i w tym samym momencie wychodzi sąsiad, którego wcale nie masz ochoty spotkać. Musiał kurwa akurat wyjść wtedy kiedy ja?! Ciekawe. Pewnie chuj ma gdzieś podgląd do mojego mieszkania, albo nasłuchuje szklanką przez ścianę. Jak tylko usłyszy, że się zbieram do wyjścia zaczyna zakładać buty i niby przypadkiem spotykamy się na korytarzu.

Albo inna sytuacja. No bladź! Jedziesz w autobusie. Zbliża się twój przystanek. Autobus podjeżdża. Stoisz w drzwiach bo zaraz będziesz wysiadać. A skoro będziesz wysiadać to na bank naciśniesz guzik otwierający drzwi, ale nie, baba na przystanku będzie dziubała taki sam guzik przy drzwiach na zewnątrz autobusu. Żeby go raz nacisnęła. Nie! Ona będzie go dźgać, aż jej palec zsinieje, tak, jakby otwarcie drzwi zależało od ilości naciśnięć jebanego guzika! Podobna sytuacja na przejściu dla pieszych. Widać, że na tym żółtym pierdolniczku świeci się na czerwono napis „czekaj”, a skoro się świeci, to znaczy, że ktoś to gówno już nacisnął. Ale zawsze się znajdzie jakiś palant, który będzie tłukł w to łapą póki nie zmieni się na zielone. No ludzie!

Continue reading